Aktualności

Dawid Wolny – napastnik z genami sportowymi od taty i dziadka

Rozgrywki13.05.2021 
Dawid Wolny chciałby zdobyć koronę króla strzelców eWinner 2. Ligi. Do prowadzącego Kamila Wojtyry traci tylko dwie bramki. – Mam nadzieję, że ktoś doceni moją grę i awansuję na kolejny poziom. A marzeniem jest zagrać w ekstraklasie. To wciąż jest do osiągnięcia – twierdzi 27-letni zawodnik Sokoła Ostróda.

Pochodzisz z Opola, a tam obok piłki nożnej popularna jest też piłka ręczna. Ty postawiłeś na futbol.

Zgadza się, za to dziadek grał w piłkę ręczna. Z kolei tata w piłkę nożną. To pokazuje, że nie miałem dużego wyjścia i nawet nie trzeba było mnie specjalnie zarażać sportem, bo od kiedy pamiętam dużo wokół niego się kręciło w naszej rodzinie. Dziadka na boisku nie pamiętam, ale zabierał mnie na mecze piłki nożnej Odry Opole. I cały czas jest w formie. Ma już ponad 80 lat, a czasem wyjdzie pobiegać, a nawet pokopać piłkę. Jestem pod wrażeniem tego jak się świetnie trzyma. Tata grał w piłkę w niższych ligach. Nie miał za bardzo czasu, by się jej poświęcić, bo dużo pracował zagranicą i uznał, że musi zapewnić byt rodzinie.

Wkrótce skończysz 27 lat - jesteś już z tego pokolenia, że rodzice stoją przy boisku i oglądają każdy trening swojego dziecka, pokrzykują i doradzają?

Jeszcze nie. Ja „haratałem w gałę” na podwórku od rana do wieczora. W końcu poszedłem na trening w Groszmalu Opole. Czasem zawozili mnie rodzice, ale jak byłem już trochę starszy, to radziłem sobie sam. W moim przypadku nie było tak, że tata czy mama stali za bramką i krzyczeli co mam robić. Na szczęście, bo to może bardziej zaszkodzić niż pomóc. Trenowanie trzeba zostawić trenerom. Po meczach czy turniejach często rozmawiałem z tatą o mojej grze, ale było to na luzie. Nigdy nie był surowy, za to po dobrych występach mnie chwalił. Sam od siebie dużo wymagam. Zdarza się, że czasem nawet słownie się biczuję, choć wygraliśmy i strzeliłem gola.

Jeśli spojrzeć na statystyki występów i goli, to można odnieść wrażenie, że pomógł ci wyjazd z Opola. W Kotwicy Kołobrzeg, Skrze Częstochowa zacząłeś zdobywać coraz więcej bramek, a teraz w Sokole Ostróda strzelasz niemal na zawołanie.

Poniekąd tak było. Wcześniej grałem w Odrze Opole lub klubach z regionu. Wyjazd z rodzinnego miasta na drugi koniec Polski sprawił, że się usamodzielniłem. Stałem się bardziej niezależny, zwłaszcza, że byłem zdany na siebie. Jeszcze w Odrze też nie było źle. Balansowaliśmy między trzecią i druga ligą. Dwa razy awansowaliśmy, ale też raz spadliśmy. Może wtedy nie przemawiały za mną zdobyte gole, ale nie jestem typem człowieka, który odpuszcza. Dalej trenowałem, starałem się i, choć już nie w Odrze, to statystyki mocno poprawiłem. To też kwestia nastawienia, bo wiele dzieje się w głowie. Wiem, że pracuję dla siebie i drużyny. Jeśli będę się dobrze czuł, przyjdzie forma, a to będzie z korzyścią dla zespołu. Ta konsekwencja zaprowadziła mnie do drugiej ligi i mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec.



Trafiłeś najpierw do Skry Częstochowa. W poprzednim sezonie jako beniaminek po zaciętej walce utrzymała się w drugiej lidze. Teraz ma szansę, by zagrać w barażach o awans.

To stabilna drużyna, w której nie ma wielu zmian kadrowych. Na pewno wielkim plusem jest klimat w szatni i rodzinna atmosfera. Zespół bez głośnych nazwisk, ale taki, który wręcz orał na boisku. Trener Paweł Ściebura dobrze nas poukładał, a sam odszedł do pierwszej ligi. Ja za to trafiłem do Sokoła Ostróda.

Czyli znów do beniaminka drugiej ligi. Skąd taki ruch?

Zadzwonił do mnie trener Piotr Jacek z propozycja. Nie wiedziałem jakim jest szkoleniowcem, ale złapałem za telefon i porozmawiałem z kolegami, których prowadził. Usłyszałem, że jest profesjonalistą i mogę się przy nim rozwinąć. Propozycja finansowo też była korzystna, więc się zdecydowałem. Może trochę zaryzykowałem, ale z perspektywy widać, że dobrze zrobiłem. Do tego na miejscu okazało się, że Ostróda to, zwłaszcza kiedy jest ciepło, piękne miejsce do życia. Miło trenować niemal nad jeziorem.

Skąd taka skuteczność w Sokole? Tylko raz w karierze, strzeliłeś więcej niż 10 bramek, ale to było w trzeciej lidze. Teraz masz ich już 18.

W Sokole gram zwykle jako napastnik, taka typowa dziewiątka. Wcześniej bywało różnie –byłem ofensywnym pomocnikiem, a czasem nawet na skrzydle. Najlepiej czuję się jednak w ataku. Dużo mi daje wsparcie zespołu, bo stwarzają sporo sytuacji. Lubię też cofnąć się, stworzyć partnerowi możliwość podania do mnie, gry kombinacyjnej. Bramki zdobywam w różny sposób. Z dystansu, po dośrodkowaniu strzałem głową, ale też z pola karnego. Mam już 18 goli, ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Do prowadzącego w klasyfikacji strzelców tracę dwie bramki. To jest do odrobienia.



Mógłbyś mieć tyle samo goli, gdyby nie mecz z KKS Kalisz…

Tak, to spotkanie z rundy jesiennej nie jest dobrym wspomnieniem. Przegraliśmy 1:4, a ja zmarnowałem dwa rzuty karne. Nie mylą się jednak ci, którzy nic nie robią. Nie wykorzystałem pierwszej jedenastki i chciałem się szybko zrehabilitować, ale nie wyszło. Cóż, po meczu przeprosiłem zespół, nie wracam do tego i wierzę, że coś takiego już mi się nie przydarzy.

Jak cel miał Sokół przed sezonem?

Każdy mecz miał być dla nas najważniejszy. Jesteśmy w środku tabeli. Szkoda, że ostatnio trochę wpadliśmy w dołek, bo była szansa, by nawet powalczyć o baraże. W wielu momentach byliśmy pozytywnym zaskoczeniem w tej lidze, ale przydarzyło się kilka wpadek.

A co chciałbyś jeszcze osiągnąć?

Liczę, że uda mi się zdobyć koronę króla strzelców drugiej ligi. Mam nadzieję, że ktoś doceni moją grę i awansuję na kolejny poziom. A marzeniem jest zagrać w ekstraklasie. To wciąż jest do zrobienia.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Fot. Sokół Ostróda

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 REGULAMIN PROFILU UŻYTKOWNIKA PZPN Polityka prywatności